Day 20/40
Mija dwudziesty dzień Wielkiego Postu.
Gdy zaczynałem ten czas, myślałem o nim jak o drodze, która ma swój porządek, swój rytm, swoją ukrytą pedagogikę. Czterdzieści dni wydawało mi się ramą wystarczająco szeroką, by pomieścić ból, a zarazem na tyle domkniętą, by człowiek mógł mieć złudzenie, że przejdzie przez własny ogień i wyjdzie z niego choć trochę bardziej uporządkowany. Miałem nadzieję, że do tego momentu będę już w miejscu spokojniejszym, bardziej oswojonym z tym, co się wydarzyło, bardziej oddalonym od tamtej historii. Tymczasem stoję w połowie tej drogi i widzę coś przeciwnego. Widzę, że czas sam z siebie niczego nie domknął. Czas nie okazał się lekarzem. Okazał się raczej światłem, które pada pod innym kątem i pokazuje dokładniej pęknięcia, których wcześniej nie potrafiłem zobaczyć. Widzę więc nie połowę uzdrowienia, lecz połowę procesu, który dopiero uczy mnie, jak głęboko sięga rana. Widzę, że nie jestem człowiekiem, który przeszedł już przez własne cierpienie i mówi o nim z bezpiecznego brzegu. Jestem człowiekiem, który stoi po pas w zimnej wodzie i dopiero teraz rozumie, jak silny jest nurt.
Najbardziej bolesne w tej historii nie jest dla mnie to, że wszystko źle się skończyło. Nie jest nim nawet sam chaos, którego doświadczyłem, ani wszystkie późniejsze obrazy, słowa, teksty, wyjaśnienia, próby opowiedzenia tej historii z różnych stron.
Najbardziej bolesne jest to, że w całym tym procesie nie zostałem wybrany, że prawda o tej relacji nie sprowadza się tylko do tego, że ostatecznie nie zostałem wybrany na końcu/ostatecznie, ale że przez cały czas nie byłem wybierany naprawdę.
Byłem dopuszczany do jakiejś bliskości, byłem utrzymywany w polu czyjegoś życia, w polu czyjejś uwagi, czyjejś czułości, czyjejś potrzeby, czyjegoś kryzysu, czyjejś samotności i czyjegoś zagubienia. Mogłem być ważny, mogłem być potrzebny, mogłem być obecny. Ale nie byłem wybierany jasno, jednoznacznie, bez pozostawiania tylnej furtki dla innego życia, innego fundamentu, innego powrotu. To jest rdzeń tej rany. Nie chodzi tylko o utratę. Chodzi o to, że całe moje staranie było osadzone w rzeczywistości, która od początku nie szła ku wyborowi, ale ku przedłużaniu zawieszenia.
Nie żałuję wkładu własnego serca. To jedno chcę powiedzieć bardzo jasno. Nie żałuję, że się starałem. Nie żałuję, że podszedłem do tej relacji poważnie. Nie żałuję, że chciałem kochać w sposób, który dla mnie od początku miał sens: odpowiedzialnie, wiernie, z myślą o wspólnym życiu, a nie o chwilowym zachwycie. Nie żałuję tego, że wierzyłem słowom, które brzmiały jak zapowiedź przyszłości. Nie żałuję, że próbowałem być człowiekiem, który nie ucieka przy pierwszym chaosie, który nie wycofuje się tylko dlatego, że życie drugiego człowieka okazuje się skomplikowane, zranione i niegotowe. To nie moja gotowość do miłości jest dziś dla mnie ciężarem. Ciężarem jest raczej to, że taka gotowość trafiła na miejsce, które nie potrafiło odpowiedzieć wyborem, tylko odpowiadało bliskością i zawieszeniem, słowem i jego cofnięciem, nadzieją i jej rozszczelnieniem.
Próbowałem zrozumieć bardzo wiele. Próbowałem rozumieć życie, które było bardziej złożone niż moje. Próbowałem rozumieć lęki, historię, zależności, chaos, trudne relacje rodzinne, dawną więź, która miała należeć do przeszłości, a w rzeczywistości nigdy nie została do końca przecięta. Rozmawialiśmy godzinami. Chodziliśmy na długie spacery. Słuchałem wypowiedzi, które wymagały ode mnie nie tylko uwagi, ale też wewnętrznego wysiłku. Wchodziłem w świat, który nie był moim światem, bo wierzyłem, że właśnie tak wygląda miłość: że nie polega na prostym dopasowaniu, lecz na cierpliwym dochodzeniu do drugiego człowieka, także wtedy, gdy jego wewnętrzny krajobraz jest poszarpany, niejednoznaczny, czasem niemal niemożliwy do zamieszkania. Rozmawiałem nawet z jej tatą, próbując pokazać, że nie jestem przypadkową figurą, chwilowym epizodem, przejściowym wzruszeniem, ale kimś, kto naprawdę chce budować życie. Znosiłem napięcia, które ta relacja wprowadzała także do mojego własnego domu. Konflikty z moim współlokatorem dotyczące jej obecności. Konflikty wynikające z obecności tamtego człowieka w tle tej relacji, nawet w rzeczach tak zwyczajnych i upokarzająco konkretnych jak spór o korzystanie z laptopa należącego do niego. Były sytuacje, w których już sam fakt codziennych przedmiotów przypominał mi, że stoję w historii, która nie ma czystego początku, bo jej przeszłość nie została zamknięta i wciąż trwa jak niesprzątnięty pokój po dawnym lokatorze.
Pamiętam dobrze momenty, które powinny były mnie otrzeźwiać, a które wtedy odczytywałem jeszcze jako część jakiegoś trudnego przejścia. Jednym z nich była sytuacja z prezentem urodzinowym od tamtego człowieka czy inna z herbatą waniliową. Sam ten fakt nie był może jeszcze wyrokiem, ale był znakiem. Pokazywał, że tamta relacja nie istnieje jedynie jako martwy rozdział, lecz jako coś wciąż pulsującego, żywego, emocjonalnie niedomkniętego. Innym momentem była wiadomość od niego, w której pisał o zniszczeniu czegoś pięknego. Dla mnie to nie było już tylko zdanie wypowiedziane z urazy. To było odkrycie, że po drugiej stronie nadal istnieje silna więź, roszczenie, ból, ale też nadzieja, której nikt tam nie odciął do końca. W tamtym czasie myślałem jeszcze, że to wszystko jest do przejścia, że może potrzeba tylko czasu, odwagi, kilku decyzji, jakiegoś mocnego ruchu, który zamknie przeszłość i pozwoli żyć inaczej. Dziś widzę, że sam ten sposób myślenia był częścią mojego błędu.
Nie chcę uciekać od słowa „projekcja”. Nie chcę go zmiękczać ani obracać w coś wygodniejszego. Projektowałem. Projektowałem nadzieję, projektowałem przyszłość, projektowałem możliwość wspólnego życia, projektowałem sens tam, gdzie może od dawna było tylko odwlekanie decyzji. Projektowałem także przekonanie, że jeśli człowiek mówi o czymś odpowiednio długo i odpowiednio szczerze, to te rzeczy zyskują ciężar rzeczywistości. A przecież nie zawsze tak jest. Czasem słowo nie jest zapowiedzią przyszłości, tylko językiem chwili. Czasem obietnica nie jest fundamentem, lecz oddechem wypowiedzianym przez kogoś, kto sam nie wie, na czym stoi. I może właśnie to jest dla mnie dziś tak trudne do przyjęcia: nie tylko to, że projektowałem, ale że projektowałem w odpowiedzi na coś, co z zewnątrz wyglądało jak grunt pod projekcję. Słyszałem przecież zdania o tym, że tamta relacja należy do przeszłości, że ten fundament nie wróci, że przyszłość może wyglądać inaczej. Słyszałem również słowa o tym, że ktoś chciałby być dla mnie przestrzenią, w której będę mógł poczuć się wybrany i kochany, miejscem, które da mi coś, czego wcześniej nie miałem. I ja w te słowa wszedłem całym sercem. Nie dlatego, że jestem głupi. Dlatego, że potraktowałem je poważnie.
Właśnie to boli mnie może najmocniej: że dziś nie wiem, czym te słowa były naprawdę. Jeśli to, co dzieje się teraz po drugiej stronie, jest szczere, jeśli możliwy okazał się powrót do dawnego fundamentu, pogodzenie, odbudowa, wspólne wyjścia, zwyczajne wieczory, burgery i piwo, chwile lekkie i ludzkie, które z zewnątrz wyglądają jak spokój po burzy - to czym były wszystkie słowa, które wtedy budowały moją nadzieję? Czy były po prostu językiem bólu tamtego momentu? Czy były próbą przetrwania? Czy były szczere wtedy, ale niezdolne udźwignąć przyszłość w innym scenariuszu? Tego nie wiem. Nie chcę też już w tym tekście rozstrzygać psychiki drugiej strony, bo to zawsze kończy się wejściem w cudzą głowę i kolejną projekcją. Ale nie potrafię uczciwie pominąć pytania, które zostaje we mnie jak gwóźdź wbity w drewno: jeśli dzisiaj można odbudowywać coś na tamtym fundamencie, to co właściwie oznaczały obietnice, że ten fundament nie wróci?
To wszystko sprawiło, że moje dzisiejsze życie wewnętrzne nie jest życiem człowieka, który „przeszedł swoje” i wyszedł z tego dojrzalszy, spokojniejszy, mądrzejszy. Nie chcę sobie dawać takiej pociechy. Nie wiem, czy wychodzę z tej traumy. Nie wiem, czy za kolejne dwadzieścia dni będę bliżej czegokolwiek dobrego. Widzę na razie tylko samą traumę. Widzę, że ona jest. Widzę, że weszła mi głęboko pod skórę i pod język, do sposobu, w jaki patrzę na ludzi, na relacje, na obietnice, na bliskość. Odczuwam ogromny lęk. Lęk nie tylko przed odrzuceniem, ale przed sytuacją, w której znowu nie rozpoznam, że nie jestem wybierany, tylko utrzymywany blisko. Lęk przed tym, że znowu pomylę czyjeś emocje z realnym wyborem. Lęk przed tym, że dam z siebie bardzo dużo, a potem odkryję, że całe moje staranie było jedynie potrzebne do tego, by ktoś inny mógł przejść przez własny kryzys.
Czuję się przez to wszystko jakbym był tylko problemem. Nie człowiekiem, który próbował kochać. Nie jak ktoś, kto był wierny własnym intencjom. Tylko jak problem, który pojawił się w czyimś życiu i trzeba było go później jakoś opowiedzieć, oswoić, usunąć z centrum narracji. Czuję się jak ktoś, kto w cudzej opowieści staje się uosobieniem projekcji, ciężaru, nacisku, niezrozumienia. I to boli tym bardziej, że z mojej strony przez bardzo długi czas wszystko było próbą zrozumienia. Próbą dojścia do drugiego człowieka. Próbą wysłuchania, wytrwania, niesienia, zniesienia. Chciałem być kimś, kto naprawdę rozumie. Chciałem być kimś, kto potrafi zostać przy czyimś bólu, nie robiąc z niego spektaklu. A jednocześnie sam nie zostałem zrozumiany. To także jest część tej rany: nie tylko niewybranie, ale niewysłuchanie. Nie tylko brak wyboru, ale brak miejsca, w którym moja perspektywa mogłaby naprawdę wybrzmieć bez zredukowania jej do „projekcji”.
Najboleśniejsze pytanie tej historii nie dotyczy jednak już przeszłości. Dotyczy przyszłości. Nie pytam dziś wyłącznie, dlaczego to co się stało miało miejsce. Pytam raczej, czy ktoś mnie kiedyś naprawdę wybierze. I mówiąc „wybierze”, nie mam na myśli zainteresowania, zachwytu, nawet czułości. To wszystko, choć ważne, nie jest jeszcze wyborem. Zainteresowanie można mieć wieloma osobami. Atrakcyjność wobec kogoś można odczuwać pomimo chaosu. Bliskość można budować nawet na niepewnym gruncie. Ale wybór to coś innego. Wybór to jasność relacji, duma z bycia razem, brak ukrywania drugiej osoby, odcięcie innych opcji, poczucie bezpieczeństwa i wspólne budowanie życia. Wybór to nie tylko „chcę cię”, ale „wybieram ciebie na kierunek mojego życia”. Ja tego do tej pory nie doświadczyłem. I właśnie dlatego to pytanie jest dziś tak ciężkie: jeśli nawet tutaj nie zostałem wybrany, to czy w ogóle istnieje dla mnie miejsce, w którym ktoś wybierze mnie naprawdę?
Nie pomaga mi w tym to, że nadal noszę w sobie moje dawne ideały. One nie umarły. I może właśnie dlatego ten ból jest tak żywy. Gdyby umarły, być może zostałaby tylko gorycz albo pustka. Tymczasem one we mnie trwają, ale ich trwanie nie przypomina już żywego ognia. Przypomina raczej chodzenie na cmentarz i składanie kwiatów na grobie czegoś, co kiedyś było we mnie pełne życia. Nadal wierzę w relację opartą na prostym i jednoznacznym wyborze. Nadal wierzę w możliwość zwyczajnej relacji: powrotów do domu, rozmów, filmu wieczorem, wspólnego wyjścia, bycia czyjąś codziennością nie dlatego, że jest się potrzebnym w kryzysie, ale dlatego, że jest się kochanym i wybranym. Tylko że ta wiara nie daje mi teraz siły. Daje mi raczej żałobę. Pokazuje mi bowiem bardzo wyraźnie, jak daleko jestem od tego miejsca.
Dwudziesty dzień Wielkiego Postu nie jest więc dla mnie momentem triumfu ani przełomu. Nie jest nawet połową procesu uzdrowienia. Jest raczej połową czasu, w którym zacząłem wreszcie rozpoznawać rozmiar rany. Nie wiem, co będzie za kolejne dwadzieścia dni. Nie chcę sobie dawać nadziei w tym tekście, bo byłaby ona zbyt tania, zbyt łatwa i po prostu nieszczera. Nie wiem, czy ta trauma mnie opuści. Nie wiem, czy kiedykolwiek naprawdę zaufam. Nie wiem, czy będę potrafił wejść w relację bez lęku, że pod jej podłogą znowu znajdują się jakieś niezamknięte piwnice. Wiem tylko, że na dziś muszę powiedzieć samemu sobie coś po prostu bardzo prawdziwego: to wszystko mnie bardzo głęboko zniszczyło. Nie samo rozstanie. Nie sam brak przyszłości. Ale to, że przez tak długi czas szedłem za czymś, co nie prowadziło do wyboru, tylko do kolejnych obrotów wokół tej samej rany.
I właśnie dlatego piszę ten tekst. Nie po to, by kogokolwiek zawstydzić, odzyskać czy osądzić. Piszę go, bo chcę przestać oszukiwać samego siebie. Nie byłem wybierany. Byłem potrzebny, byłem blisko, byłem ważny, byłem może nawet kochany w jakiś niepełny, popękany sposób - ale nie byłem wybierany. To jest prawda, wokół której muszę teraz nauczyć się żyć. Nie wiem jeszcze jak. Nie wiem, czy do końca tego postu, do końca Wielkiego Postu albo do końca tego roku będę umiał powiedzieć coś mądrzejszego niż to. Dobrze, że mogłem w końcu w pełni nazwać własną ranę. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie nic więcej z nią zrobić.
Comments
Displaying 0 of 0 comments ( View all | Add Comment )